środa, 25 lutego 2015

POLITYKA PRORODZINNA: Poland, you're doing it wrong

Obserwując poczynania naszego rządu nie mogę oprzeć się wrażeniu, ze w naszym kraju politykę prorodzinną zamiast z głową robi się, za przeproszeniem, z dupą. I to dosłownie, bo patrząc na pomysł przedstawiony przez Panią Premier nie da się nie zauważyć, że najwyraźniej dla rządzących rodzicielstwo sprowadza się do spłodzenia i urodzenia potomka i kończy się najpóźniej rok później.

fot. Gazeta Krakowska / rys.M.Stawowczyk
Jeśli komuś umknęło o czym piszę, to mam na myśli jakże błyskotliwy pomysł, aby prócz becikowego, te matki, które nie mają prawa do zasiłku macierzyńskiego (i rodzicielskiego) otrzymywały przez rok świadczenie w wysokości 1.000zł miesięcznie. Piękna idea? Ależ skąd!

Gdyby problemem w podejmowaniu decyzji o posiadaniu większej ilości dzieci niż jedno (czasem nawet i tego jednego) była obawa jak przetrwa się tylko ten pierwszy rok, to gwarantuję, że dzieci byłoby dużo więcej. "Jeśli dasz głodnemu rybę, ten zje ją i znów będzie głodny. Daj mu wędkę i naucz go łowić, a już nigdy nie zazna głodu" - głosi chińskie przysłowie, które sprawdza się i w tej sytuacji. Odpowiedzialnych ludzi świadomie planujących swoje rodzicielstwo nie skusi "ryba" w postaci zasiłku na rok, czy jednorazowego becikowego (które nie pokryje przecież potrzeb dziecka do 18-ki). Oni potrzebują wiedzieć, że kobieta jeśli zechce będzie mogła wrócić po urlopie macierzyńskim do pracy, bo dziecko bez problemu znajdzie miejsce w publicznym lub prywatnym, ale dofinansowanym przez miasto żłobku czy przedszkolu. Że nie będzie trzeba zmagać się z chorą logiką, która nie pozwala znaleźć dla dziecka miejsca w żłobku/przedszkolu, bo matka nie pracuje, co zarazem utrudnia podjęcie pracy, bo nie ma opieki dla dziecka. Błędne koło. Jestem przeciwna dawaniu "za darmo" i uważam, że pomoc matkom w powrocie na rynek pracy, wraz ze zmniejszeniem VAT-u na artykuły dziecięce, powinna być kluczowym elementem polityki prorodzinnej. Odpowiedzialny rodzic potrzebuje "wędki" i taka rządowa "przejedzona w rok ryba" nie zachęci go do posiadania kolejnych dzieci. 

Można mi zarzucić, że jak to "nic za darmo", przecież fajnie byłoby, gdyby jak w bogatych krajach, matka dostawała wysoki zasiłek na dziecko, który sprawiłby, że powrót do pracy byłby jej wyborem a nie koniecznością. Pewnie - byłoby fajnie, tylko sęk w tym, że naszego Państwa na to nie stać, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że (jak pisałam w innym poście) "państwo" tak naprawdę dysponuje naszymi pieniędzmi, z płaconych w różnej formie podatków i składek, i żeby komuś dać, gdzie indziej musi zabrać (a i tak wszyscy są zgodni, że już zabiera dużo). Kto więc za ten roczny macierzyński zapłaci? Proste - każdy płacący składki chorobowe, żeby mogli go dostać ci, którzy ich nie płacili. OK, nawet jeśli jesteśmy skłonni płacić na cudze zasiłki, to zaproponowano rok... ROK, a potem radź sobie sama. Kogoś w ogóle to zachęci? Zwłaszcza nie posiadającego stałej pracy?

Jasne! Pomijam osoby, które wpadły i którym pomogło by to stanąć na nogi (jedyny plus jaki widzę), bo posiadanie dziecka to nie była by ich decyzja, a więc ciężko ich uznać za zachęconych owym "tysiączkiem". Jest za to inna ciekawa grupa społeczna. Kojarzycie klasykę patologii utrzymującą się z zasiłków, dzieci w zasadzie hodującą, a nie wychowującą, bo rodzinne się na nie należy, a przecież zawsze jeśli do domu dziecka trafią, to można (za przeproszeniem) "zrobić kolejne"? Podatków nie płacą, bo nie pracują, a w zasiłkach odbiorą to, co wypracują inni... I takim chce się dać do ręki kolejne narzędzie do wyciągania wcale niemałej kasy. Brawo! 

Jest jeszcze jedna grupa, którą taki zasiłek mógłby zachęcić, ale tylko w połączeniu z zapewnieniem poczucia bezpieczeństwa, że nie zostaną później na lodzie. Myślę, że mogłoby to przekonać do rodzicielstwa studentów, którzy dzięki żłobkom mogliby skończyć studia, a po ukończeniu kształcenia mieliby dziecko w wieku przedszkolnym i mogli spokojnie pójść do pracy, bo byłoby dość miejsc w przedszkolach. 

Pozostanie mieć nadzieję, że wspomniany projekt jest w obecnej formie jedynie obietnicą (a w zasadzie obiecanką) przedwyborczą i zostanie gruntownie przeanalizowany, żeby babola nie wypuścić.

3 komentarze:

  1. No właśnie znam ludzi, którzy "robią następne" (wiem, fuj - jak to brzmi) tylko po to, żeby mieć wyższy zasiłek/rodzinne itp... Ciekawe, czy wtedy ten, kto taki "zasiłek zamiast macierzyńśkiego" by dostał nie dostanie już rodzinnego? Mojej siostrze (nie zdążyła skończyć studiów) zabrakło 3 zł, żeby takie świadczenie dostać, natomiast na uczelni, keidy starała się o stypendium socjalne, powiedziano, że skoro nie ma ślubu, to nie może podawać, że ma inne gospodarstwo domowe niż mama o.O Polskie absurdy... Jak ktoś nie pracuje, to się "należy"

    OdpowiedzUsuń
  2. Polskich absurdów jest wiele, ale będą tak długo, jak długo będą ludzie pazerni na to, co za darmo, niezależnie od innych kwestii. Już kilka ciekawych historii wysłuchałam, co ludzie są skłonni porobić dla zasiłku z MOPSu, papierzysk nazbierać. A potem dziw, że jak im się zaproponuje pracę za godziwe pieniądze (potrzebne było ogarniecie ogródka przed kamienicą, może z 15m2 max) to im się nie opłaca... Stad przeraża mnie kolejny instrument do naciągania państwa, który może skutkować wzrostem ilości nieszczęśliwych maluchów...

    OdpowiedzUsuń
  3. ten marny tysiak przez pierwszy rok to jest nic. to nawet w ułamku nie zapspokaja potrzeb dziecka bo wraz wiekiem potrzeby i wydatki rosną. za to generuje patologię bo dla lumpów tysiaczek piechotą nie chodzi a ile można za niego pochlać....


    ta "porpozycja" ze strony rządu to policzek dla zwykłych uczciwie pracujących ludzi którzy nie dość ze nic się nie dorobią to żyją bardzo skromnie bo za te wypłaty ledwo na wszystko starcza. my uczcicwie pracujemy a z naszych podatków utrzymuje się pijaczków.

    OdpowiedzUsuń