niedziela, 15 lutego 2015

BUSINESSMAMA #1 - ZANIM ZAREJESTRUJESZ FIRMĘ

Zapowiadałam, że jeszcze w lutym postaram się zacząć publikować serię postów przeznaczonych dla mam myślących o "pójściu na swoje". Na samym początku chciałabym skupić się na tym od czego zacząć i jakie rozwiązania można wybrać. I pozbawić złudzeń. Jeśli któraś myśli o własnej firmie tylko dlatego, że ma dość pracy po 40 godzin tygodniowo, to niech wie, że może być tak, że będzie pracować po 60, zwłaszcza na etapie rozkręcania biznesu. Tak samo, jeżeli któraś chce wybrać taką działalność, by "na swoim" pracować w domu, w przekonaniu, że lekko połączy to z opieką nad dzieckiem i prowadzeniem domu, niech najpierw przeczyta post "PRACA W DOMU: wyobrażenia a rzeczywistość". I niech wie, że wysokość jej wynagrodzenia (zwłaszcza w początkowym okresie) jest nieznana - równie dobrze może być wysoka, co może się okazać, że się dołożyło do tego interesu. To decyzja, której aspektów trzeba być świadomym.

źródło/source: http://www.gettyimages.com/detail/photo/portrait-of-a-businesswoman-royalty-free-image/56518855
Mamy, które są ze mną dłużej, zapewne pamiętają post "CHCIAŁABYM MIEĆ SWOJĄ FIRMĘ..." wyjaśniający dlaczego często na "chceniu" się kończy. Jeśli nie, to odsyłam do przypomnienia go sobie, a te, które jeszcze nie miały z nim kontaktu - do zapoznania się z nim, zanim przejdą do lektury tego i dalszych postów.

-------------------------------------------------------------------------------------------

Droga Mamo, jak już wiesz - pierwszą rzeczą, którą musisz wiedzieć przed wdrażaniem pomysłu bycia samej sobie szefową, to to czym zamierzasz się zajmować. Jeśli nie masz pomysłu, możesz próbować franczyzy (katalog franczyz np. TUTAJ), czyli robić swój biznes pod czyimś, sprawdzonym szyldem - kojarzycie COCCODRILLO albo 5.10.15? Kojarzycie. Oczywiście, skoro ktoś oferuje swoją markę, to ma i swoje wymagania, nie będę się jednak nad nimi rozpisywać, bo różnią się w zależności od wybranego systemu franczyzowego. Jeśli z różnych powodów nie chcesz być franczyzobiorcą, musisz sama (albo z pomocą "burzy mózgów" z najbliższymi) wymyślić czym chcesz się zajmować. Osobiście odradzam szukanie pomysłu w google, a sugerowanie się tym, w czym jesteś dobra, co lubisz robić. Tak długo jak długo nie będziesz wiedziała czym chcesz się zajmować, nie ma sensu podejmowanie dalszych kroków. Dlaczego wspominam, żebyś pomyślała o tym w czym Ty jesteś dobra? Bo, owszem, możesz założyć, że od razu zatrudnisz ludzi, ale po pierwsze - będziesz musiała im zapłacić niezależnie od tego, czy firma od razu będzie przynosić zyski, po drugie - jeśli ich praca będzie wymagała specjalistycznej wiedzy i/lub umiejętności, nie będziesz mogła zweryfikować, czy właściwie wywiązują się z obowiązków.

Gdy już pokonałaś pierwszą przeszkodę - ustaliłaś swój profil działalności pora na kolejne decyzje. Jeśli wybrałaś franczyzę, może zostać Ci narzucone konkretne rozwiązanie, jeśli zaś realizujesz swój plan, masz do wyboru następujące opcje (wszystkie omawiane jako JEDYNE źródło dochodów):

1) JEDNOOSOBOWA DZIAŁALNOŚĆ GOSPODARCZA
Rejestracja jednoosobowej działalności gospodarczej jest stosunkowo prosta (będzie o niej w jednym z późniejszych postów) i, jak każde rozwiązanie, ma swoje plusy i minusy. Zdecydowanie największym plusem jest fakt iż wydatki z nią związane pomniejszą nasz dochód - koszty dojazdów, materiały eksploatacyjne, rachunek za firmowy telefon. Ponadto, jeśli prowadzimy ją we własnym mieszkaniu, możemy przeznaczone na nią pomieszczenie zgłosić w Urzędzie Miasta, zapłacimy od jego powierzchni większy podatek, ale - on również stanie się kosztem firmy, poza tym pozwoli wrzucić w koszty proporcjonalną część opłat za mieszkanie (np. 1/4 jeśli pomieszczenie zajmuje 1/4 powierzchni mieszkania). Stwarza również możliwość odzyskania VAT-u za zakupione na potrzeby firmy towary o firma jest zarejestrowana jako płatnik VAT (żeby nie było za pięknie, działa to i w drugą stronę - trzeba zapłacić VAT od sprzedanego towaru/usługi).
Jednoosobowa działalność gospodarcza daje możliwość wyboru spośród kilku form opodatkowania, rozliczając się na zasadach ogólnych mamy prawo również do ulgi i odliczeń.
Skoro już mowa o rozliczeniach - prowadzenie księgowości w przypadku jednoosobowej działalności gospodarczej jest niezbędne, ale w porównaniu do spółek, jest ono znacznie prostsze, więc księgowa za usługę policzy znacznie mniej, albo (zwłaszcza gdy nie zatrudnia się pracowników) można zdecydować się na to samemu (np. przy współpracy z programem księgowym, znam sporo takich przedsiębiorców).
Ponieważ osoba prowadząca działalność gospodarczą ma obowiązek (niezależnie od dochodu czy nawet straty) odprowadzać składki na ZUS, podlega ubezpieczeniu zdrowotnemu, odkłada na swoją emeryturę (w tym momencie chyba wszystkie czytające zaśmiały się ironicznie), no i przy opłaceniu dobrowolnej składki chorobowej zyskuje prawo do zasiłku chorobowego. Ale, ale - przedsiębiorca nie ma tak fajnie jak pracownik etatowy: chorobowe przysługuje mu nie po 30 dniach, a dopiero po 3 miesiącach składkowych, w dodatku ZUS wypłaca je dopiero powyżej 30-dnia zwolnienia. Składka chorobowa jest jednak o tyle istotna dla przedsiębiorczych kobiet, że to ona warunkuje otrzymywanie zasiłku macierzyńskiego. Tak, według ZUS macierzyństwo najwyraźniej jest chorobą - może wynika to z tego, że niektórzy uważają, że trzeba być chorym, żeby w tym kraju decydować się na dzieci, bo polityka prorodzinna leży i kwiczy. Jeśli chodzi o wysokość składek, to przez pierwsze dwa lata (o ile nie są spełnione warunki wykluczające) przysługuje preferencyjna wysokość składek ZUS (w 2015 niecałe 500zł łącznie), później niestety wzrasta (w 2015 pełen ZUS przekracza 1000zł). UWAGA: Może wzrosnąć szybciej - jeśli firma będzie wykonywać na rzecz byłego pracodawcy dokładnie te same usługi, co gdy była zatrudniona na etacie; niższa stawka może jednak zostać przywrócona w przypadku zakończenia współpracy, do upływu pełnych 24 miesięcy od dnia rozpoczęcia działalności. Co ciekawe - jak na razie nie dotyczy to sytuacji, gdy z poprzednim pracodawcą obecnego przedsiębiorcę wiązała umowa cywilno-prawna (umowa zlecenie, umowa o dzieło).
Jednoosobową działalność gospodarczą (w przeciwieństwie do spółki), jeśli zachodzi taka potrzeba, łatwo można zamknąć lub zawiesić, z małym zastrzeżeniem - jeśli na jej podjęcie została przyznana dotacja (a wiele źródeł przewiduje na to finansowanie), a nie upłynął czas wymagany, by została uznana za bezzwrotną - trzeba będzie ja zwrócić wraz z odsetkami.
I na koniec jeszcze jeden mankament finansowy - za jej zobowiązania firmy właściciel odpowiada całym swoim majątkiem.

2) SPÓŁKA Z O.O.
"Powiadają jaskółki, że niedobre są spółki"? Nie jest tak źle, zwłaszcza, że Spółka z o.o. może być również jednoosobowa, komplikuje to jednak (i tak dużo bardziej złożoną, niż w przypadku jednoosobowej działalności gospodarczej) procedurę rejestracji. Trzeba również dodać, że w przeciwieństwie do poprzedniego rozwiązania, założenie spółki z o.o. wymaga nakładów finansowych - albo na zawarcie umowy notarialnej (ok. 300-500zł), albo przez internet (w tzw. trybie S-24, bez notariusza, 600zł za wpis do KRS). Ponadto wymagane jest zapewnienie kapitału zakładowego minimum 5.000zł (niekoniecznie w formie gotówki), co prawda w 2015 planowane jest zmniejszenie do 1zł, ale czy do tego dojdzie?
Koszty wzrastają również w kwestii obsługi księgowej, gdyż stawki zaczynają się od 2-3 razy wyższych niz dla jednoosobowych działalności gospodarczych działających na zasadach ogólnych. Choć z drugiej strony finanse takiej spółki są bardziej przejrzyste, co jest istotne, gdy decydujemy się na wspólnika.
Tyle pieniędzy trzeba dać! Są jakieś zalety spółek z o.o.? Oczywiście! Po pierwsze - kapitał zakładowy nie jest "zamrożony" tylko może być zainwestowany w rozwój spółki (poprzez np. zakup wyposażenia), nie może jednak zostać wypłacony jej wspólnikowi. Po drugie - zgodnie z przepisami prawa - udziałowcy spółki nie prowadzą działalności gospodarczej, więc nie podlegają obowiązkowi płacenia składek do ZUS (które do niskich nie należą). Warto jednak nadmienić, że jeśli udziałowiec potrzebuje ubezpieczenia zdrowotnego (bo nie posiada go z innych tytułów), może zatrudnić się w spółce np. na pół etatu, co obniży koszt składek. No i bardzo istotne - spółka, ponieważ posiada osobowość prawną, za swoje zobowiązania odpowiada wyłącznie majątkiem spółki, są jednak sytuacje, w której odpowiedzialność za długi spółki może spaść również na osobę/y z jej zarządu.

3) UMOWY
Ostatnią opcją jest świadczenie swojej pracy na umowy. Ma to co prawda ten plus, że nie musisz się martwić, czy w gorszym miesiącu nie będziesz musiała jeszcze dołożyć, żeby opłacić ZUS, ale to moim zdaniem koniec dobrych stron. Umowa zlecenie jak dla mnie jest jak taka świnka morska - ani świnka, ani morska, niby składki do ZUS idą jak przy umowie o pracę, jest ubezpieczenie zdrowotne, ale prawo pracy tu nie obowiązuje. Tyle dobrze, że jeśli przed porodem opłaci się (samemu) składkę chorobową, to i na zasiłek macierzyński można liczyć. Umowa o dzieło pozwoli z kolei na wyższy zarobek (bez kosztów ZUS), ale nie zapewnia ubezpieczenia zdrowotnego. Ponadto żadnych wydatków związanych z wykonywaną pracą nie odliczymy od dochodu.


Moim zdaniem najkorzystniejsze są dwa pierwsze rozwiązania, drugie zresztą wybierane jest coraz częściej ze względu na ograniczenie wydatków na ZUS. W moim przypadku wybór padł na to pierwsze (więc o rejestracji firmy jeszcze na pewno post będzie), zwłaszcza, że jeśli zmienię zdanie, to prawo dopuszcza przekształcenie jednoosobowej działalności gospodarczej w spółkę z o.o..


Za jakiś czas (mam nadzieję, że nie za długim) w kolejnym poście z serii BUSINESSMAMA poruszę temat biznesplanu, w tym m.in. kwestię, o którą kilka mam już przez FB/mail pytało - czy jest potrzebny.

23 komentarze:

  1. Ja planuję 3 rozwiązanie z urlopem wychowawczym powiązać, bo mam taka opcję. Zobaczymy jak wyjdzie :) Daję sobie czas do września na ogarnięcie całości życiorysu

    OdpowiedzUsuń
  2. może chciałabym nawet mieć coś własnego, tyle tylko, że ja jestem typem takim jeszcze zasiedziałym gdzieś w odległych, postkomunistycznych czasach i niestety, muszę mieć nad sobą bat i kogoś, kto mnie będzie mobilizował :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak masz zaplecze w postaci etatu, to trzecia opcja ma najwięcej sensu. Ale nie każdemu jest to dane. niektóre po porodzie nie mają gdzie wracać, inne po macierzyńskim. Dlatego, tak jak pisałam w poście, omawiam je z perspektywy bycia jedynym źródłem dochodów (a dokładniej jedyną formą zatrudnienia). U mnie np. umowa została przedłużona do dnia porodu, a potem "radź sobie sama". To radzę sobie sama. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak się ma etat, to też jest to plus - nie obchodzi Cię ile szef zarobił, czy ma 2 klientów, czy 50, tak długo, jak długo to co obiecał w umowie terminowo na konto przelewa, a jak jeszcze do tego zarzuci jakąś premią, to już całkiem raj. ;D


    PS. Ja czasem też takiego bata potrzebuję, ale na mnie najlepiej działa: To jest "na wczoraj", dopłacę extra. ;D

    OdpowiedzUsuń
  5. A pewnie :) i za to SZACUN :D Ja zaszłam w ciążę 3 miesiące po otrzymaniu umowy na stałe :P więc korzystam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Podziwiam ludzi, którzy są na tyle odważni. No chyba, że mają pewne perspektywy powodzenia. Ja jestem "dzieckiem firmy" i wiem jak trudne jest prowadzenie własnej działalności. Nigdy nie wiadomo czy wystarczy na ZUS, a co dopiero utrzymać rodzinę no i bycie w pracy non stop. Jak byłam młoda to pamiętam, że tatę widziałam tylko w niedzielę, bo non stop siedział w firmie i pracował, a jak wracał to tylko trajkotali z mamą co z tym począć, co z tym itd. Mnie osobiście to przeraża, ale pewnie dlatego że znam to od podszewki, a firma nie osiągnęła i dalej nie osiąga spektakularnego sukcesu...

    OdpowiedzUsuń
  7. Też jestem "dzieckiem firmy", mniej więcej od 13 roku życia, kiedy Tato stracił pracę i miał problemy ze znalezieniem nowej, ale ponieważ Tata ma zawód pozwalający mu większość czasu pracować w domu - nie narzekamy, zawsze gdzieś tam między tymi papierami czas znalazł. W dużej mierze wszystko zależy od rodzaju wykonywanej działalności. Inaczej będzie wyglądała np. praca architekta, projektanta, niektórych informatyków, którzy mogą sobie pozwolić na pracę w dużej mierze w domu. Jeszcze inaczej wygląda praca księgowej, która choć mogłaby pracować w domu, nie zawsze ma w nim warunki na przechowywanie dokumentacji księgowej. Jeszcze inaczej osoby prowadzącej sklep, hurtownię, czy inny zawód wymagający pracy poza domem. No i w końcu jeszcze inaczej będzie wyglądać praca mamy otwierającej np. punkt przedszkolny. Dlatego jak napisałam na początku - musi to być świadoma decyzja, podjęta dopiero po obaleniu mitów, które narosły wokół własnej firmy (w tym czasu wolnego i czasu pracy) oraz pracy w domu. To nie jest praca dla każdego.


    Dochodzi jeszcze kwestia ile ktoś chce zarabiać. Jednym wystarczy 1.600zł, bo nie maja dużych wymagań, inny uznają, że życie przy zarobkach 8.000 graniczy z nędzą. Poza tym dochodzą jeszcze kwestie społeczne. Rozmawiałam ze znajomą, która pracowała w markecie, a obecnie prowadzi swój sklepik, przy silnej marketowej konkurencji bywają miesiące, że zarabia mniej niż poprzednio, bywają, że niewiele więcej, bywają i takie, że znacznie więcej, ale mówi, że nawet w tych znacznie gorszych miesiącach nie tęskni za stara posadą - w obecnej dawny szef prawie kłania się w pas z pytaniem "czym może służyć", klienci jacyś milsi ("szefowo kochana", te sprawy), a i buraka obrażającego obsługę, ze sklepu wyprosić bez obaw o krytykę "z góry". Broń boże nie jesteśmy zdania, że praca w markecie jest gorsza, sama ją wykonywałam i po doświadczeniach z tej drugiej lady podziwiam ludzi ich wykonujących, ale po prostu niektórzy wolą nawet zarabiać tyle samo co tam (czyli "bezszałowo"), a mieć większy komfort psychiczny.

    OdpowiedzUsuń
  8. U mnie trochę na plus było to, że jak Pani Asia z postu poniżej - jestem "dzieckiem firmy" tyle, że takiej prowadzonej w domu. Wiedziałam na co się porywam.
    Korzystaj, korzystaj. :) A jakby co, to wiesz gdzie poczytać o zakładaniu własnego biznesu. A może jakieś przeszkolenie i otworzyć punkt przedszkolny o ile macie dość dużo miejsca? ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. O dochodzie 1600 to na razie rodzice marzą i jak taki osiągają to jest radocha , a jest ich trójka na utrzymaniu zresztą to nie dyskusja na internet ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Wiem co to znaczy, ojciec miał warsztat, a mama nauczycielka milion dorywczej pracy :) A nie mamy miejsca właśnie... nie da rady... W ogóle w naszej wsi mamy dom nr 41 (a numerki sa po kolei) i 70% gospodarstwa, więc nie ten target :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Ciężko mi tu coś doradzić, bo naprawdę wiele zależy od rodzaju prowadzonej działalności (a nawet nie wiem o jakiej rozmawiamy) - na innych rzeczach można ciąć lub wręcz przeciwnie - robić koszty, inne będą strategie marketingowe, czasem konkurencja jest zbyt duża, a czasem dobrze dobrana dotacja czy niskooprocentowana pożyczka lub kredyt inwestycyjny (nawet pomimo kosztów raty) potrafią znacznie podnieść konkurencyjność na rynku. Polecam szkolenia na Akademii PARP - są bezpłatne, internetowe, a więc można je robić kiedy ma się czas, może problemów nie rozwiążą, ale naprawdę potrafią zainspirować. :)

    OdpowiedzUsuń
  12. No to pozostaje szlifować inżynierski fach (z tego co pamiętam też zaprzyjaźniona z CADem jesteś), bo to też dobra robota do domu, a i po wydzieleniu gabinetu część opłat mieszkalnych może wylądować w kosztach firmy. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Dziękuję Ci, ja z chęcią skorzystam, ale moi rodzice juz są w biznesie 20 lat i wiedzą gdzie leżą problemy, większość z nich po prostu nie jest zależna od nich.

    OdpowiedzUsuń
  14. Dobrze kombinujesz :) Na razie idą mi projekty studenckie :) ale na to faktury nie wystawię :P

    OdpowiedzUsuń
  15. Ja się zastanawiam nad kolejnymi studiami. ;D Ale to raczej, jak młody do przedszkola pójdzie (tylko niech wtedy znajdę jakieś w przyzwoitej cenie).

    OdpowiedzUsuń
  16. Ja myślałam o pedagogicznych, tak mnie korci mieć stałą pracę z wakacjami i trzynastką :) i jakieś technikum budowlane złapać, nawet na weekendy :)

    OdpowiedzUsuń
  17. W moim przypadku najwięcej problemów leży w rozliczeniach z "wybitnym" klientem (na szczęście zjawisko nie jest nagminne), który komplikuje zapłacenie należności i w chwili wydania pracy nagle:
    a) stwierdza, że nie zapłaci, bo "baba to na pewno coś spieprzy" (widać, jak zlecał, to musiałam bardzo męsko wyglądać i się nabrał);
    b) przynosi o połowę (rekordzista nawet o 2/3) mniej niż wartość faktury bo:
    - "sam mógłbym sobie takie zrobić",
    - "szwagier powiedział, że by to zrobił za XXXzł, to tyle przyniosłem",
    - "tyle piniondzów za trochę papieru?"
    c) pyta czy może zapłacić w naturze.

    OdpowiedzUsuń
  18. Też o tym myślałam, ale nie wiem, czy chcę się użerać z młodzieżą. Jak widzę zapał przyszłych "specjalistów" do nauki, to boję się, że kiedyś będą np. mnie leczyć. ;p

    OdpowiedzUsuń
  19. hehe :) coś w tym jest :D i te szkoły policealne - fizjoterapia o.O

    OdpowiedzUsuń
  20. Zastanawiam się ile taka osoba po tym umie. Bo tak swoją drogą... trochę się nasłuchałam od znajomego odnośnie jego współpracowników, że obecnie technicy elektrycy są lepszymi pracownikami (pod względem umiejętności i wiedzy) niż mgr inż. studiów związanych z elektryką. I to nie trochę lepszymi - znacznie lepszymi. Więc studia jednak nie zawsze są lepsze, albo niektórzy więcej na nich "bumelują" i podchodzą do nich z zasadą 3Z - zakuć, zdać, zapomnieć.

    OdpowiedzUsuń
  21. oj to na pewno, bo mój mąż po wydziale elektrycznym ;) W ogóle najlepiej by było po technikum iść na studia :) Ja żałowałam, że nie poszłam do budowlanki tylko ogólniaka ;P
    Ale rehabilitant, któy musi tylko zapłacić 20 zł na semestr to słaby pomysł ;)

    OdpowiedzUsuń
  22. Tak sobie myślę, że wynika to z faktu, że chyba wielu osobom się wydaje, że na rehabilitacji to się uczy tylko masowania. ;p

    OdpowiedzUsuń