środa, 22 października 2014

LUDZIE UWIELBIAJĄ ZAGLĄDAĆ DO PORTFELI. NIESTETY CUDZYCH

Wróciłam po dłuższej przerwie wynikającej z nadmiaru pracy, choroby i paru innych kwestii z postem, do którego skłoniło mnie zachowanie części znajomych i niektórych jednostek w społeczeństwie, również tym internetowym, którzy coraz częściej zapominają, gdzie kończy się ciekawość, a zaczyna wścibstwo. I którzy zapominają, że to nie ich sprawa ile i na czym ktoś zarabia (słowo klucz - ZARABIA, a nie kradnie, zakombinuje, wyłudzi etc.) i nie im tymi pieniędzmi dysponować.

fot. Łukasz Unterschuetz/Trojmiasto.pl, źródło: http://m.trojmiasto.pl/news/Chcialbys-znac-wysokosc-pensji-sasiada-On-chcialby-znac-wysokosc-twojej-n71425.html
W ten temat wpasowuje się również określenie "sprzedajnego blogera". Znacie? Jeśli nie, to macie szczęście, albo nie macie bloga. ;D No ale od początku.

Jak już się wygadałam pod innym postem - trafiło mi się fajne zlecenie, ale z bardzo krótkim terminem realizacji, stąd blog poszedł niemal całkowicie w odstawkę, a na spotkania towarzyskie wcale czasu nie było, bo ważniejsze dla mnie było każdą wolną chwilę poświęcać mężowi i synowi. Nigdy nie powiedziałam za ile to zlecenie, a niektórym nagle odbiło, co najmniej jakbym w totka wygrała i to przy kumulacji, choć nie była to nawet pięciocyfrowa kwota, nawet nie góra kwoty czterocyfrowej (a do opłacenia z niej jeszcze ZUS, VAT, podatek dochodowy, koszty wykonania zlecenia i przydałoby się prezenty świąteczne zacząć kupować, bo nie znoszę latania po sklepach na ostatnią chwilę, no i nie wiadomo jakie będą zlecenia w okresie zimowym - wtedy z reguły zapotrzebowanie spada). Proste i jasne, że nie awansowałam naglę z tego powodu do wyższej klasy społecznej, prawda? Nie dla każdego. Poniższe sytuacje tylko z minionych dwóch tygodni i zaczynam się bać odbierać telefony, czy przyjmować wizyty.

1. Mam koleżankę, może nie jakąś daleką ale też nie zaliczającą się do grona najbliższych przyjaciółek. Od ponad roku wiedziałam, że ma brać ślub 18 października tego roku, zaproszenia na wesele nie dostałam, ale na FB zaprosiła znajomych, żeby towarzyszyli jej w tym dniu w kościele i planowałam się wybrać. Wpadła do mnie w czwartek, nieco ponad tydzień przed weselem. "Bo wiesz, u nas się trochę osób wykruszyło na weselu, a miejsca już opłacone, to może zostawicie z kimś małego i przyjdźcie z mężem?" Już miałam się odezwać, że miło, że w sumie spoko, bo kieckę jakąś mam, ale nie było mi to dane, bo koleżanka niezrażona kontynuowała szukając czegoś w torebce (myślałam, o naiwna, że zaproszenia). "...Ja Ci zaraz dam listę prezentów, to sobie coś wybierzecie z tego co zostało." Znalazła i z dumą wręczyła mi kartkę - wiele rzeczy powykreślane, a z tego co zostało, to same rzeczy w stylu: laptop (spooooro lepszy od tego co mam, bo póki działa próbuję odłożyć na nowy), lodówka z zamrażarką, pralka - koniecznie BOSH (sic!), robot kuchenny - koniecznie Philips (taki za ok 1500zł) i wszystko w ten deseń, bo rzeczy typu żelazko, blender, mikser, sztućce, naczynia już "zajęte", czemu się wcale nie dziwię. Podziękowałam za zaproszenie, od razu podkreślając, że te prezenty są znacznie poza moimi możliwościami finansowymi (nawet rodzonemu bratu nie byłabym w stanie kupić takiego drogiego prezentu na ślub, i to mając na odłożenie pieniędzy więcej czasu niż tydzień). No i się zaczęło, że ze mnie sknera, pazera, że wielka pani bizneswoman, zarabiająca kokosy (taaaaaa), a przyjaciółce (taaaaa) drobnego prezentu żałuje, że mam się wypchać i w ogóle to mam zapomnieć o zaproszeniu, bo już nieaktualne. Cóż, po takim potraktowaniu nawet gdyby było aktualne, to bym nie poszła.

2. Pewna bliska osoba (nie będę doprecyzowywać, bo jeszcze przeczyta i się obrazi) zadzwoniła, czy zostanę chrzestną jej córy. Przyznam szczerze, że (może to ja jestem dziwna) nie myślałam wcale o ewentualnych korzyściach dla dziecka z posiadania mnie jako chrzestnej, bo sama wybierając chrzestnych nie zwracałam na to uwagi - jako osoba wierząca kierowałam się kryteriami wynikającymi z mojej wiary, ale człowiek jakiś taki... naiwny widać jest. Musiałam odmówić, bo nie mogę być chrzestną - mamy z mężem tylko ślub cywilny (niestety z byłą żoną miał kościelny), więc nie dostałabym tego zaświadczenia, że spełniam wymagania stawiane przez kościół rodzicom chrzestnym. "No ale przecież możecie zapłacić księdzu, żeby ci taki papier dał, albo opłacić sobie rozwód kościelny." I nie dociera, że jakby nas był stać na rozwód kościelny, to dawno byśmy go mieli, bo dla mnie kwestia religii jest bardzo ważna i nie ukrywam, że ciężko mi z tym, że nie mogłam iść do komunii nawet w tak ważne wydarzenia jak chrzciny i roczek synka. Proponuję inną osobę, z którą jest dokładnie na tych samych relacjach, a która chrzestną być by mogła, ale nie, bo "co ona chrześnicy kupi ze swojego 1500zł", to my mamy podpłacić księdzu za "papierek". Nie dociera, że nie podpłacę księdza, bo na to też mnie nie stać, a przede wszystkim kłóci się to z moimi zasadami i moją religią. "Aj srać religię!" - słyszę w odpowiedzi. "To po co chrzcisz dziecko?" - pytam. Na co pada odpowiedź: "Bo bez chrztu nie pójdzie do pierwszej komunii i nie będzie mogła fajnych prezentów dostać." No to niech szuka chrzestnej dalej, proponuję napisać do jakiejś posłanki, może zechce...

O przypadkach żebyśmy kupili rzęcha (poszukujemy auta) po cenie większej niż jest wart i dali rodzinie/znajomym zarobić, bo "przecież was stać" (tylko czemu ja nic o tym nie wiem, że mnie jednak na coś takiego stać), to już nawet nie wspominam. To moje przypadki tylko z życia osobistego. Z życia blogowego jednak też się pojawiły, jakże odważne - mailowe. Po mojej opinii o balsamach pod prysznic Nivea, kupionych za moje własne pieniążki (o czym nawet wspomniałam w poście) przeczytałam, że to wielkie g***o jest, że jak mogłam się tak sprzedać za opakowanie balsamu itp. A mi to "wielkie g***o" pasuje, bo nie mam zbyt wymagającej skóry - o czym również w poście pisałam. Nie jestem jedyna, inna bloggerka wspomniała, że dostała masę wiadomości "sprzedałaś się, przestaję cię czytać", bo zakomunikowała na blogu, że dostała propozycję współpracy i, że będą pojawiać się na nim teksty sponsorowane. A później jeszcze dyskusje "za ile można się sprzedać"... Żenada.

Na bloggerach się nie kończy - ludzkie oczy sięgają dalej w inne portfele. Nie, nie mam tu wcale na  myśli polityków, którym chyba każdy w portfel zagląda. Weźmy taką Ewę Chodakowską - na początku swojej kariery opublikowała darmowy program ćwiczeń, którego efektami zachwycały się panie w całej Polsce, jej ćwiczenia prezentowano w programach "śniadaniowych" w TV, a YouTube jest jej pełen (choć część filmów jest usuwana za naruszanie praw autorskich - czemu ciężko się dziwić). Była darmowa, była fajna, zaczęła na tym co robi zarabiać - książki, płyty, bycie twarzą marki Adidas, a już podniosły się głosy, że się sprzedała. Bo przecież jak ktoś nie idzie "do roboty" na 8h to nie pracuje, to nie ma prawa czerpać kasy z tego co robi. Podobnie traktuje się np. piosenkarzy, którym "na pewno nie ubędzie jak sobie ściągnę płytę z torrentów" - pomyślały setki "fanów"-złodziei. A jak już przy kradzieży jesteśmy - ilu z was zaobserwowało w markecie podjadanie np. batoników lub wypijanie napojów i porzucanie opakowań na sklepie, bo przecież "właściciel tyle zarabia, to nie zbiednieje"?

Nie zaglądam nikomu w portfel i nie lubię jak mi ktoś zagląda, a co gorsza próbuje moimi finansami dysponować. A już zwłaszcza denerwuje mnie przypisywanie mi bóg wie jakich zarobków i towarzyszące temu oburzenie, że nie chcę na niego wydawać kasy, której tak naprawdę nie mam. To, że w przeciwieństwie do kogoś innego kilka razy w roku kupuję jakiś ciuch biegowy czy buty do biegania nie wynika z tego, że mam więcej od niego, tylko z tego, że nie wydaję kasy na inne rzeczy, np u fryzjera ostatni raz byłam przed liceum, wolę z mężem pojechać na zawody niż pójść np. do drogiej restauracji, a za granicą najdalej byłam w Czechach, bo kocham polskie góry. I wiecie co? Najbardziej nie rozumiem, czemu do mojego portfela próbują zaglądać obce osoby, skoro nawet mój mąż tam nie zagląda - wiedząc jak napięty mamy budżet zdaje sobie sprawę, że wszystkie wydatki planuję "z głową"... Dlatego, Moja Droga, dam Ci pięć rad:
1. Jeśli prowadzisz blog i ktoś proponuje Ci współprace, której warunki Ci odpowiadają - nie krępuj się, przyjmuj. Skoro możesz skorzystać, to czemu z tego rezygnować? I nieważne czy jest to 10 opakowań galaretki, robot kuchenny za 600zł, zniżka na zakupy, czy mniejsze lub większe wynagrodzenie finansowe - Twój blog, Ty decydujesz i nikomu nic do tego. Ja mogę Ci co najwyżej pogratulować, pozazdrościć ...i czytać dalej. ;D
2. Podobnie jeśli ktoś chce Ci płacić za inną twórczość - obrazy, malowanie na ścianach, gliniane czy szydełkowane cuda. Jest klient? Korzystaj. 
3. Nikomu nic do tego ile zarabiasz i na czym, nie musisz się tłumaczyć z wydatków, ani spowiadać z zarobków. No chyba, że partnerowi, bo razem ogarniacie domowy budżet. ;D
4. I nikomu nic do tego jak drogim/tanim prezentem zamierzasz go z jakiejś okazji obdarować. To tylko i wyłącznie Twoja decyzja.
5. A jeśli komuś się nie podoba,  gdy stosujesz się do powyższych punktów, to dla własnego zdrowia psychicznego - ogranicz kontakty z taką szkodliwą jednostką.


Pamiętaj - jeśli możesz zarabiać na czymś co lubisz i umiesz robić - to życzę Ci z całego serca powodzenia, bo jeśli ktoś chce Ci w ten czy inny sposób wynagradzać, że robisz coś, co lubisz, to korzystaj. :)

8 komentarzy:

  1. Z panny młodej się przynajmniej pośmiałam, ale mama neokatechumena... koszmar.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale takich ludzi jest masa. W sensie, nie takich, co chcą mnie na chrzestną, tylko takich, co są na bakier z religią, a chrzczą dziecko tylko po to, żeby poszło do pierwszej komunii, żeby im nie było przykro, jak koledzy z klasy będą się chwalić prezentami. Tak jakby nie można było, będąc ateistą, zorganizować dziecku jakiejś imprezy z prezentami w tym samym czasie i niepotrzebnie kwestii religii do tego nie mieszać. Moja znajoma tak właśnie robiła.

      Usuń
  2. Cieszę się, że wróciłaś ;) i cieszę się z Twojego zdrowego podejścia ;) Czasem paść można, jak się słucha/czyta, co to ludzie potrafią wymyślić :/

    Trzymaj się Kochana swojego portfela, bo zaraz moze się okazać, że juz Ci z niego wyjęli, zanim Ci tam zdążyło wpaść :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz jak to jest - czasem jak ktoś twierdzi, że chce twego dobra, to znak, że powinnaś te dobra dobrze pochować. ;D

      Usuń
    2. :D no tak... Może dlatego warto żyć nad przepaścią, jak my, w ciągłej budowie - zawsze mamy swoje, żeby gdzieś wydać i ciągle czegoś brakuje :D

      Usuń
    3. Nawet w takiej sytuacji i tak zawsze Ci się może znaleźć ktoś, kto uzna, ze Was stać, skoro "no dom przecież taki budujecie". ;p

      Usuń
  3. nie do śmiechu. Jest sporo smutnej prawdy, o części naszego "społeczeństwa". Chwała bogu, ja mam szczęście do znajomych i przyjaciół, i omija mnie bogactwo sytuacji, które Ty opisujesz:-) Sama nie wiem, czy się śmiać, czy płakać, jak czytam Twój post.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz - zastanawiające jest to, że najczęściej takie przypadki notuje się nie wśród tych najbliższych, tylko takich, co nawet o głupich życzeniach świątecznych raz w roku nie pamiętają, a przypominają sobie o danej osobie jak im się zaczyna wydawać, że ona "śpi na pieniądzach."

      Usuń