piątek, 8 sierpnia 2014

"NIE LUBIĘ BIEGANIA"

"Nie lubię/znoszę biegania." Z takimi komentarzami spotkałam się pod ostatnim postem. Zabawne, bo jeszcze nie tak dawno sama tak mówiłam i nie podejrzewałabym się wtedy o to, że zacznę biegać, że będę pokonywać takie dystanse ...i że będzie mi to sprawiać przyjemność. 

źródło/source: http://befit.pl/prawidlowa-rozgrzewka-przed-bieganiem/
Jeśli chcesz być aktywna a nie lubisz biegać, nie przejmuj się - masz jeszcze tyle innych form aktywności do wyboru - aerobik, basen, siłownia, zumba... Bieganie zawsze będzie miało tę przewagę, że nie musisz do niego wykupywać wejściówki i możesz je zawsze jakoś upchnąć w grafik dnia. No i mając małe dziecko możesz biegać z nim w joggerze łącząc spacer malucha ze swoim treningiem. Może warto więc odpowiedzieć sobie na pytanie "dlaczego nie lubię biegać?" i zastanowić się czy można to zmienić?

Moja niechęć do biegania pojawiła się już w podstawówce - zaczęło się na zajęciach z wychowania fizycznego podczas tak zwanych "wyścigów rzędów". Jeśli ktoś nie kojarzy, to dzieliło się uczestników zajęć na równe ilościowo drużyny, a potem dla każdej tworzyło się identyczny tor przeszkód, który po kolei pokonywał każdy członek grupy (kolejny zaczynał gdy poprzedni skończył). Oczywiście wygrywała drużyna, która najszybciej ukończyła zadanie. Szybko okazało się, że jestem jedną z wolniej biegających, w dodatku szybko się męczącą (z powodu alergii i zaczątków astmy), więc byłam wybierana jako jedna z ostatnich. Podobnie było później przy wszelkiego rodzaju grach wymagających biegania np. kwadrancie. W dwa ognie byłam jedną z szybciej zbijanych. Bieganie  samo w sobie też mi nie szło, bo 100m byłam w stanie zaliczyć ledwie na dwóję, a 800m nie byłam w stanie ukończyć, a poza tym dzieciaki się śmiały, że śmiesznie biegam. No i ta nieszczęsna "koperta". WF szybko stał się moim najgorszym przedmiotem, a z wszystkich możliwych ćwiczeń największą zmorą było właśnie bieganie. W liceum nieco się poprawiło, nawet po wygranej walce z bulimią zainteresowana oglądaniem siatkówki przeszłam od teorii do działania i zapisałam się na do licealnej sekcji piłki siatkowej. Trafiłam na świetną trenerkę, z niesamowitym podejściem do zawodniczek i choć zaczęłam treningi znacznie później od większości pozostałych dziewczyn, udało mi się dostać do reprezentacji liceum, a na tle klasy wypadać bardzo dobrze, w związku z czym skończyło się wybieranie do drużyny jako ostatniej. To był pierwszy moment gdy uwierzyłam, że aktywność fizyczna nie jest taka straszna i że coś potrafię. Ale bieganie? Nieeeeee, w życiu, nienawidziłam biegania.

Na studiach wrócił zastój w kwestii mojej aktywności, bo na grę w AZS-ie byłam jednak za słaba, a zajęć wychowania fizycznego wiele tam nie było, w dodatku zbiegło to się ze znalezieniem sobie, że się tak wyrażę, "siedzących" hobby, więc dodatkowe kilogramy z radością (dla nich) zaczynały się odkładać a i tak słaba kondycja zaczęła spadać. I to bardzo.

Dwa lata po studiach doszło do tego, że czasem mi miejsca w autobusie ustępowano, albo pytano "który to miesiąc?" choć w ciąży nie byłam. Dlatego wzięłam się za siebie i dzięki ćwiczeniom w domu udało mi się zgubić nieco kilogramów. Wtedy też wychodząc na dwór widywałam chudsze i grubsze osoby biegające, jak również różne (czasem śmieszne) style biegania. Uświadomiłam sobie dlaczego "od zawsze" nie lubię biegania - bo wpędzało mnie w poczucie wstydu - że wolno, że śmiesznie, że się szybko męczę. Patrząc jednak na innych uświadomiłam sobie, że skoro oni mogą, to ja też, nawet kupiłam buty, koszulkę i spodenki. Jednak jeszcze kilka miesięcy poczekały na założenie. (Obecnie już) mąż szybciej się zebrał do biegania, bo widząc poczynione przeze mnie zakupy, sam kupił sobie buty, wygrzebał z szafki nie używane dłuższy czas (z powodu zmiany dyscypliny na pływanie) koszulki techniczne i znów zaczął biegać. Ja zawsze miałam milion wymówek - pora dnia zła, pogoda, za zimno, za ciepło, bo sama nie, bo z nim/nią też nie... Jak już końcu któregoś dnia wyszłam z mężem biegać (zaliczając przy tym wszystkie błędy wymienione w poprzednim poście), po niespełna pół kilometra złapała mnie kolka i nie mogłam złapać oddechu. Więc oczywiście miałam kolejne wymówki, żeby dalej nie biegać. Ale mąż pojechał na zawody, ja z nim, przywiózł pierwszy medal (pamiątkowy, dla każdego kto ukończył bieg na danym dystansie), potem kolejny, widziałam jak kolekcja się powiększała, dystanse rosły i jak dumny był z każdej poprawy rekordów życiowych. I ile mu to sprawia frajdy. Wtedy pomyślałam, że mu zazdroszczę, że też tak chcę, poszukałam planu treningowego dla całkowitego początkującego (dobry jest np TEN lub TEN), poczytałam o metodzie biegania Jeffa Gallowaya (polecam początkującym i nie tylko, skrót TUTAJ), a potem jeszcze raz ubrałam się, założyłam buty i wyszłam pobiegać. Wróciłam usatysfakcjonowana, że dałam radę i nabuzowana endorfinkami. Potem mąż polecił mi współpracę z osobistym e-asystentem treningu, co pozwoliło mi monitorować jak poprawia się moja forma - to też cholernie wielka satysfakcja. I choć z powodu ciąży i po porodzie musiałam dać na luz, to biegam dalej i na prawdę sprawia mi to radość, nakręca mnie chęć startów w zawodach i przywożenia medali jak mój mąż. Medali, pokazujących, że dałam radę, pokonałam dystans, który kiedyś wydawał mi się poza zasięgiem. Kręci mnie to, bo tu nikt mnie nie ocenia, nie stawia dwój, w tej wielkiej społeczności wszyscy jesteśmy biegaczami, a bardziej od miejsca cieszy poprawiony czas na danym dystansie. Kiedyś nie mogłam pokonać 0,5km, teraz w planach mam półmaraton i maraton, pod koniec sierpnia mam pierwszy start na 10km, bo jedne zawody przegapiłam, za długo zwlekając z zapisem, bojąc się, że nie dam rady. 

Nie lubiłam, wręcz nienawidziłam biegać od podstawówki, gdyby jeszcze na studiach ktoś mi powiedział, że będę biegać po 10km, nie uwierzyłabym. A biegam. I lubię to! ;D Wszystko jest kwestią znalezienia odpowiedniej dla nas motywacji (zdrowie, kondycja, schudnięcie, zawody, etc.) i ewentualne przełamanie wstydu, jeśli taki nas dusi. Bo z tym, że szybko się męczymy poradzimy sobie znajdując odpowiedni plan treningowy. A więc? Jesteś w 100% pewna, że nie lubisz? ;) 



POWIĄZANE POSTY:
- A PO TRENINGU... - izotonik domowej roboty 
- JEDZIEMY NA ZAWODY! - ten pierwszy raz na starcie

8 komentarzy:

  1. Bieganie jest super :) Też kiedyś wrócę :P jak już tu kiedyś u Ciebie pisałam - jestem nałogowcem endorfin, a te z biegania są "całkiem smaczne"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to! Niektórzy twierdzą, że uczucie po bieganiu przypomina to PO seksie, właśnie ze względu na te endorfiny. I coś w tym jest. ;D

      Usuń
  2. U mnie niechęć jest wynikiem braku kondycji. Szkoda, ze nie mieszkasz koło mnie bo mając jakiegoś bata nad sobą chętnie bym się za siebie wzięła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, brak kondycji to jeszcze nie problem, bo powoli można ja poprawiać. Dobry do tego jest choćby ten plan treningowy, w którym zaczynasz od spacerów, a potem powoli dochodzisz do biegu:
      http://treningbiegacza.pl/training-plans/zacznij-biegac-najbezpieczniejszy-plan-treningowy-od-kanapowca-do-biegacza
      Kwestia przełamania się i nie szukania wymówek. ;)

      Usuń
    2. od poniedziałku mam zamiar trenować swoją kondycję :D

      Usuń
    3. Dziś poniedziałek! ;D Czekam na wrażenia po pierwszym dniu. :)

      Usuń
  3. a ja tam dalej sadze ze biegac nie tyle ze nie lubie co NIE UMIE!!!! :D a szkoda :P powodzenia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co rozumiesz pod pojęciem, że nie umiesz biegać? ;)

      Usuń