sobota, 26 kwietnia 2014

MAMO, POZWÓL CZASEM SOBIE POMÓC

Nie każda mama ma to szczęście, że ma blisko kogoś, kto może jej pomóc przy dziecku. Wtedy zmuszona jest radzić sobie sama. Okazuje się jednak, że część mam które mogłyby liczyć na pomoc też muszą sobie radzić same i to, bynajmniej, nie dlatego, że nikt się do tej pomocy nie pali.

źródło/source: http://polki.pl/przyjaciolka_artykul,10009486.html?print=1
Sytuacje takie po raz pierwszy zaobserwowałam u jednej koleżanki - świeżo upieczonej mamy, potem u drugiej, potem kolejnej. Pomyślałam - spoko, przejdzie im ten syndrom matki kwoki, jak zaczną odczuwać potrzebę czasu dla siebie. Czy kilka miesięcy coś zmieniło? Poniżej krótka relacja z odwiedzin i zarazem poradnik pt. "jak nie dać sobie pomóc". Imiona (osób i zabawek) zmienione. ;)

Moje odwiedziny u Kasi odbyły się bez mojego synka, bo miałyśmy obgadać pewne istotne sprawy (będące jednak bez znaczenia dla dalszej części historii), na co mogłam poświęcić półtorej godziny do dwóch. Przyszłam, tak jak się umawiałyśmy, na 13.00, Kasia zrobiła dwie herbatki, a jej mąż - niech mu będzie Grzesiek - zajął się ich córeczką Anią. "Sprawnie pójdzie" - pomyślałam, ale niecałe 5 minut później zostałam wyprowadzona z błędu. Pomimo braku niepokojących odgłosów z pokoju dziecięcego (ot - paplanie i śmiechy dziecka połączone z paplaniem tatusia), Kasia przeprosiła mnie i popędziła "na ratunek", a z pokoju obok dobiegł mnie dialog:
(K)asia: No co Ty robisz! Ania ma tutaj swoją ulubioną kaczuszkę Basię!
(G)rześ: Ale ona tak ładnie bawiła się tym misiem...
K: Przecież ona nie lubi tego misia, ona lubi Basię! (głos przechodzi w słodziutki) Popatrz Kochanie, tu jest Twoja ulubiona Basia. Chcesz się pobawić z Basieńką? (głos wraca do normalnego) Widzisz?
G: No ale ona się tak ładnie bawiła tym misiem...
K: Ania woli kaczuszkę od misia!
I dalej w ten deseń, po (dla mnie zmarnowanym) ponad kwadransie ustalania czym lubi się bawić Ania, Kasia wróciła do mnie, przeprosiła tłumacząc, że mąż to pojęcia o własnym dziecku nie ma. Nie skomentowałam.

Powróciłam do tematu naszego spotkania, którego nie było mi dane skończyć, gdyż padło magiczne:
K: Jest 13.30, daj Ani obiadek!
Grzesiu poszedł do kuchni szykować malej jedzenie, oczywiście zaraz za nim poleciała Kaśka, bo nie ten słoiczek - dziś miał być królik, z brokułami, nie ta miska, nie ta łyżeczka, nawet śliniak nie ten. Zerkam na zegarek czas leci, a z kuchni dobiega krzątanina, upomnienia Grześka, żeby Kasia do mnie wróciła, że on sobie da radę. Tik, tak, tik, tak... Jeszcze sprawdzanie temperatury, jest ok, jednak Kasia nie wróciła. Ostatecznie pojawiła się koło 14 tłumacząc, że jak Grzesiek zaczął małą karmić, to mu kapnęło nieco na podłogę i jakby mu pozwoliła dokończyć karmienie, to całą kuchnię by jej wyświnił.

Zostało mi pół godziny (no max godzina), ale już nawet nie zdążyłam podjąć tematu, bo do pokoju wszedł Grzesiek i zakomunikował:
G: Wezmę Anię na spacer, to nie będziemy Wam przeszkadzać, a taka ładna pogoda, że żal w domu siedzieć...
I się zaczęło, Kaśka wypadła z nim z pokoju, tylko po to, żeby zmarnować swoje (i moje) dwadzieścia (sic!) minut na przekonywanie męża, że to nie pora na spacer, że "Ania na spacer wychodzi zgodnie z rozkładem dnia o 14.15, a nie o 14". 

Ponieważ nie zostało mi wiele czasu, wstałam, stwierdziłam, że "właśnie mi się przypomniało, że zostawiłam żelazko na gazie" - po tym stwierdzeniu ludzie z reguły łapali, że coś robią nie tak, że się ulatniam przed czasem. Kasia złapała: "Bo widzisz, tak to jest, jak na niczyją pomoc liczyć nie można".

No widzę...

6 komentarzy:

  1. Nie wiem jak to jest. Ale taką sytuację zaobserwowałam u moich rodziców:) Jedna strona stara się pomóc, druga narzeka, że nie ma pomocy, ale jak przychodzi co do czego to ona i tak wszystko zrobi sama najlepiej:) Niestety dość popularne u matek... niestety, bo same nie dają sobie pomagać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dają, ale biadolą, że nikt się nie zainteresuje, nie pomoże, a zwłaszcza gdy po dłuższym czasie takiego odganiania człowiek zwyczajnie rezygnuje z zawracania sobie głowy i narzucania się ze swoją chęcią pomocy. Tylko potem pani "wszystko zrobię najlepiej" przekazuje taki wzorzec swojemu synowi, który, jako dorosły nie pali się do pomocy partnerce, bo ona "wszystko sama zrobi najlepiej".

      Usuń
    2. Dokładnie, nie lubie gdy ludzie twierdzą "że we wszystkim są najlepsi". Zatyraliby się by nawet gdy są chorzy i bezsilni pokazać ile to nie mogą. Będąc, samotną mamą nauczyłam się prosić o pomoc.

      Usuń
    3. Ja nawet będąc nie-samotną nauczyłam się pozwalać sobie pomóc, dlatego bardzo podziwiam mamy, które samotnie, a w zasadzie to samodzielnie, wychowują dzieci. :)

      Usuń
  2. Pamiętasz (mogę mówić na Ty, taka blogowa zażyłość :) ) mój wpis, jeszcze na fb, kiedyś przerzucę na bloga, o podobnych matka, ja staram się eliminować takie osobniki ze swojego otoczenia, później cały dzień jestem chora, dosłownie i nienawidzę siebie, za zmarnowany czas i nienawidzę takiej matki, bo przez nią zmarnowałam cenny czas, ale swoją drogą dobrego ma chłopa, szkoda człowieka :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie strasznie było żal straconego czasu, który mogłam spędzić z rodziną, zwłaszcza, że męża często w domu nie ma z powodu pracy. Żal mi też było ojca, który nie mógł zająć się własnym dzieckiem. Ale tez żal mi było kobiety, która sama sobie komplikuje życie, nie pozwalając się w niczym wyręczyć i marnując czas innych i swój.

      Usuń